Masło Kakaowe w sztyfcie Queen Helene to kosmetyk, który
leżał u mnie bardzo długo nieużywany bo nie mogłam znaleźć dla niego żadnego
zastosowania. Najbardziej przeszkadzało mi nieporęczne opakowanie, które
wygląda jak sztyft pomadki do ust ale to tylko pozory, masło faktycznie jest w
sztyfcie ale nie jest on w żaden sposób wysuwany, wyciąga się w całości i z
tego powodu używając kosmetyku musimy go trzymać za sztyft, który topi nam się
w dłoni. Masło jest bardzo twarde, topi się pod wpływem ciepła, może się też
kruszyć. Masło kakaowe ma właściwości mocno nawilżające i natłuszczające,
dlatego myślałam, że może dobrze sprawdzić się na suchej skórze twarzy albo
ust, niestety zapach kakao jest strasznie intensywny, dla mnie nie do zniesienia.
Tak więc po pierwszym teście, masło wylądowało na długo w szufladzie. Później
pomyślałam sobie, że można by nim smarować stopy i tutaj bardzo fajnie się
sprawdziło. Masło dobrze nawilżało i wygładzało suchą skórę pięt i stopy
wyglądały zauważalnie ładniej. I tak testując wciąż na nowe sposoby masło
kakaowe w sztyfcie bardzo je polubiłam. Teraz często smaruję nim dekolt,
ramiona i suchą skórę na łydkach, masło nawilża skórę dużo lepiej niż wszystkie
oleje, które do tej pory stosowałam i nie jest przy tym bardzo tłuste. Szybko
się też wchłania, dlatego można stosować je nawet w ciągu dnia. Opakowanie jest
małe i można je nosić ze sobą w torebce. Na początku mojej przygody z masłem
kakaowym myślałam, że nigdy go nie zużyje a teraz sztyft mi się już kończy a ja
zastanawiam się jak będę dalej bez niego żyć ;). Gdyby tylko opakowanie było
bardziej przemyślane… Dodam jeszcze, że masełko mimo małej gramatury (28
gramów) jest bardzo wydajne i nie kosztuje dużo bo około 9 zł.
czwartek, 14 listopada 2013
poniedziałek, 11 listopada 2013
Trendy na jesień/zimę 2013
Dzisiaj dla odmiany będzie post modowy o trendach na jesień/zimę 2013. Post może i trochę spóźniony bo jesień już w pełni a zima zbliża się coraz większymi krokami, ale lepiej późno niż wcale ;).
Jednym z największych hitów tego sezonu jest krata. Nieważne czy duża, drobna, kolorowa czy stonowana, w wydaniu eleganckim cy na luzie, w tym sezonie nosimy kratę w każdej wersji.
Ubrania inspirowane new look'iem stworzonym przez Diora w latach pięćdziesiątych to ukłon w stronę eleganckiej kobiecości. Spódnice z podwyższoną talią sięgające za kolano, czy rozkloszowane eleganckie płaszcze, to kreacje, których z pewnością nie powstydziłyby się nawet blondynki z filmów Hitchcocka.
Dla tych, którym klasyczna elegancja wydaje się zbyt poważna projektanci proponują ostry rockowy wizerunek. Ćwieki, kolce, łańcuchy, skóra, ramoneski, motocyklowe buty, zamki, sprzączki i dużo czerni - w tym sezonie możesz naprawdę zaszaleć z dodatkami.
W trendach na jesień/zimę 2013 nie mogło zabraknąć modnych już od kilku sezonów ubrań oversize. W tym sezonie stawiamy na duże, luźne płaszcze, wyglądające jak pożyczone od chłopaka albo te, w których chodziły chodziły nasze mamy dwadzieścia lat temu.
Okrycia wierzchnie w soczystych, cukierkowych kolorach to zdecydowanie mój ulubiony trend tego sezonu. Odważmy się powiedzieć "nie" wszechobecnej szarości i załóżmy landrynkowy płaszcz, który rozjaśni nawet najbardziej pochmurny dzień.
W tym sezonie na nasze ulice powracają futra. Nosimy nie tylko te w odcieniach czerni, bieli, brązu i w zwierzęce wzory, ale też te bardzo kolorowe i pierzaste. Musimy tylko uważać, żeby nie upodobnić się do Wielkiego Ptaka z Ulicy Sezamkowej ;).
czwartek, 7 listopada 2013
Henna Khadi orzechowy brąz - recenzja
Od jakiegoś czasu miałam w planach farbowanie mamie włosów
ale albo zapominałam, albo nie miałam czasu i farbowanie się przekładało i
bardzo dobrze się złożyło, bo jak zobaczyłam w jakim stanie są włosy mojej
mamy, wiedziałam już, że farbowanie nie wchodzi w grę. Włosy mimo, że gęste
były osłabione i bardzo mocno wypadały. Oczywiście zaproponowałam jej kilka
swoich sprawdzonych sposobów na wzmocnienie włosów m.in. codzienne wcieranie
odżywki jantar, ale jeśli chodzi o pielęgnacje włosów, moja mama jest bardzo
leniwa i nawet poświęcenie dziennie 3 minut na wtarcie odżywki to dla niej za
dużo. A włosy pilnie potrzebowały odświeżenia koloru, odrosty były już wyraźnie
widoczne a siwych włosów przybywało. Dlatego postanowiłam poszukać alternatywy
dla farby do włosów i tak znalazłam hennę Khadi.
Henna Khadi to farba ziołowa, sporządzona w 100% z
naturalnych składników. Nie niszczy i nie osłabia włosów, a wręcz przeciwnie –
wzmacnia je, odżywia i wyraźnie pogrubia.
Zanim zdecydowałam się na zakup, poczytałam na różnych blogach i forach opinie
i poprzeglądałam zdjęcia jakie dziewczyny wystawiały po farbowaniu. U
niektórych efekt był bardzo widoczny a u innych prawie go nie było. Jednak
żadna z nich nie narzekała na kondycję włosów po farbowaniu, wszystkie były zgodne
co do pogrubiających włosy właściwości henny. Po dokształceniu się w tematyce
henn do włosów, zamówiłam farbę Khadi. Zdecydowałam się na orzechowy brąz
(naturalny kolor mamy to ciemny zimny brąz), nie chciałam, żeby kolor wyszedł
za mocny i chciałam uniknąć czerwonych refleksów. Najbardziej obawiałam się
tego, że farba nie pokryje siwych włosów. Sam producent radzi w celu pokrycia
siwych włosów dwustopniowe farbowanie - najpierw za pomocą henny naturalnej
Khadi (farbuje włosy na czerwono) a następnie wybranego odcienia brązu. Nie
wiedziałam, czy efekt zafarbowanych henną włosów spełni moje (czy też raczej
mojej mamy) oczekiwania, dlatego nie chciałam już na samym początku tracić
pieniędzy na dwie henny (naturalną i brązową). Stwierdziłam, że zafarbuję włosy
na orzechowy brąz i jeśli efekt będzie fajny, ale siwe włosy nie zostaną
pokryte, to następnym razem dokupię jeszcze hennę naturalną i zrobię farbowanie
dwustopniowe.
Do farbowania potrzebujemy: szklaną miseczkę, drewnianą
łyżkę, wodę, grzebień do farbowania włosów, ręcznik do ochrony ubrania przed
pobrudzeniem farbą, czepek foliowy albo woreczek, ręcznik lub czapkę, którą
założymy na pokryte henną i foliowym czepkiem włosy (w celu ich ogrzania).
Przygotowanie: hennę wsypujemy do szklanej miseczki (ja
wsypałam połowę opakowania - ok. 50 gramów) uważając przy tym żeby nie wdychać
proszku i zalewamy wodą o temperaturze ok. 50 stopni (taką temperaturę ma woda,
która jest gorąca ale już nie parzy) i dokładnie mieszamy, tak żeby pozbyć się
grudek. Henna powinna mieć konsystencję gęstej śmietany, tak żeby nie spływała
z włosów ale też żeby można ją było dobrze rozprowadzić na całych włosach. Niektóre
kolory henny można zalać czarą herbatą albo kawą i zostawić przygotowaną
mieszankę na 12 godzin przed nałożeniem na włosy, można też dodać trochę soku z
cytryny i trochę czerwonej papryki. Kolor, który ja kupiłam jest chyba
najprostszy w przygotowaniu i nie wymaga, żadnych specjalnych dodatków. Taką
dobrze rozmieszaną hennę nakładamy na umyte, wilgotne włosy (włosy musza być
umyte szamponem bez silikonów, ja dzień przed farbowaniem zrobiłam mamie
oczyszczającą mieszankę z szamponu babydream i glinki ghassoul żeby oczyścić
włosy z nawarstwionego silikonu) na 30 minut do dwóch godzin. Ja kazałam mamie
trzymać ją na włosach dwie godziny dla uzyskania wyraźniejszego koloru, ale
teraz myślę, że spokojnie można ją trzymać dłużej, nawet ze 4 godziny. Henna w
miarę stygnięcia gęstnieje, dlatego po nałożeniu na połowę włosów musiałam
dolać do miseczki trochę wody. Miałam moment, w którym myślałam że zrobiłam za
mało mieszanki i będę musiała dorobić, ale na szczęście jakoś udało mi się ją
rozprowadzić na całych włosach. Po nałożeniu henny założyłam na głowę foliowy
czepek (dołączony do farby) a na niego starą, polarową czapkę i podgrzałam
trochę głowę suszarką. Po dwóch godzinach dokładnie spłukałam włosy i z niecierpliwością czekałam aż wyschną (nie
można suszyć suszarką). Włosy po farbowaniu muszą odczekać do najbliższego mycia co najmniej 24 godziny,
najlepiej 48.
A teraz o efektach. Zaraz po farbowaniu, sam kolor włosów nie
zmienił się bardzo, ale koloryt wyrównał się, kolor stał się bardziej głęboki a włosy były naprawdę
pełne blasku. A co najważniejsze po siwych włosach nie pozostało ani śladu.
Włosy wyglądają bardzo zdrowo i naturalnie.
Włosy przed farbowaniem:
Włosy zaraz po farbowaniu:
Włosy następnego dnia rano:
Włosy umyte po 48 godzinach od farbowania:
Jak widać kolor po myciu trochę złagodniał a spodziewała się raczej przyciemnienia. Mimo to włosy wyglądają naturalnie, zdrowo i ładnie się układają. Jestem bardzo zadowolona z efektu i myślę, że pozostanę na jakiś czas przy hennie, bo po co niszczyć włosy chemiczną farbą, skoro można ją zastąpić dużo zdrowszą henną. Niestety na hennę mogą sobie pozwolić tylko te osoby, które farbują włosy na ciemne kolory. Szkoda, bo sama chętnie odświeżyłabym swój blond. Niby jest henna bezbarwna, która nie nadaje włosom koloru, tylko pogrubia je i wzmacnia (działa bardziej jak odżywka do włosów), ale w instrukcji zawarte jest ostrzeżenie, że może nadać cienkim, blond włosom zielonego odcienia, a tego chyba nikt by nie chciał...
Hennę mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim brązowo, rudo i czarnowłosym kobietom, jest to naprawdę świetna alternatywa dla tradycyjnego farbowania. Henna nie niszczy włosów, dlatego jest też dobrą opcją dla osób, które nigdy ich nie farbowały z obawy przed zniszczeniem i osłabieniem.
Nie wiem jeszcze jak jest z trwałością henny i jak często należało by powtarzać farbowanie. Ale będę obserwować włosy mamy i jak już wyrobię sobie zdanie na ten temat, na pewno o nim napisze.
niedziela, 3 listopada 2013
Glinka Ghassoul - recenzja
Glinka Ghassoul to moja pierwsza glinka w proszku, do tej
pory, od czasu do czasu stosowałam tylko gotowe maseczki z glinką. Glinkę
kupiłam przy okazji zakupu czarnego mydła savon noir. Trochę skusił mnie opis
marokańskiego rytuału Hammam, który wygląda mniej więcej tak: zwilżamy skórę,
myjemy ją czarnym mydłem, które pozostawiamy na skórze około 5 minut, następnie
nakładamy glinkę na kolejnych kilkanaście minut, spłukujemy i smarujemy się
olejem arganowym. Olej miałam, mydło i tak planowałam kupić więc dodałam do
koszyka i glinkę, planując przygotowanie małego domowego spa dla swojej skóry
;). Kiedy przyszły moje zakupy przystąpiłam do działania. Wszystko by było
fajnie gdyby nie to, że cały proces jest straszliwie czasochłonny, najpierw
mydło i czekanie, później glinka i znów czekanie a ja nie lubię siedzieć bezczynnie,
tym bardziej, że jak już siedzę pod tym prysznicem, oblepiona glinką to jest mi
po prostu zimno, nalanie wody do wanny też nie rozwiązuje problemu bo przecież
nie mogę w niej siedzieć skoro schnie na mnie glinka… Mimo wszelkich
komplikacji zrobiłam sobie kilka razy takie spa i tak sobie myślę, że glinka
jest w nim raczej zbędna. Codziennie myje skórę ciała i twarzy czarnym mydłem,
o którym pisałam tutaj i codziennie też smaruję się olejem (niekoniecznie
arganowym, bo należy on raczej do tych droższych i smarowanie nim codziennie
całego ciała wychodziło by trochę drogo, zamiast niego używam zazwyczaj oleju
konopnego albo migdałowego) i taka pielęgnacja naprawdę służy mojej skórze.
Glinka
teoretycznie powinna: nawilżać, redukować łuszczenie skóry, pomagać w walce z
trądzikiem, oczyszczać, poprawiać wygląd skóry i ją rozjaśniać, zwiększać elastyczność,
wzmacniać strukturę skóry, oczyszczać pory i usuwać martwy naskórek. A co robi
tak naprawdę? Na pewno oczyszcza skórę i pory, które po jej użyciu są
zauważalnie zwężone. Na pewno nie nawilża, wręcz bym powiedziała, że dość mocno
wysusza, innych właściwości nie zauważyłam. I tak jak pisałam wyżej uważam, że
stosowanie jej na skórę całego ciała jest zbędne, przecież rozszerzone i
zanieczyszczone pory skóry to problem, który dotyczy raczej skóry twarzy, więc
oczyszczanie glinką całego ciała nie jest konieczne, tym bardziej, że skóra po
niej jest trochę przesuszona. Dlatego glinkę mogę polecić jako maseczkę
oczyszczającą na twarz, bo w tej roli sprawdza się całkiem dobrze.
Z glinką przeprowadziłam jeszcze jeden eksperyment, o którym przeczytałam na jakimś forum tzn. spróbowałam umyć nią włosy. Efekt jak można było się spodziewać nie był najlepszy. Mimo nałożenia na włosy po myciu odżywki i jeszcze odżywki bez spłukiwania włosy były strasznie suche, całkowicie matowe i bardzo splątane, jednym słowem wyglądały naprawdę okropnie. Jedyny plus był taki, że włosy widocznie zyskały na objętości, ale co z tego skoro i tak musiałam je związać bo wyglądały jak siano... Eksperyment okazał się niestety nieudany ale może na innych włosach glinka w roli szamponu sprawdziła by się lepiej.
Skład glinki ghassoul
to głównie krzemionka i magnez, oprócz tego aluminium, soda potas i tytan.
Teraz dla
porównania testuję czarną glinkę z morza martwego i na pewno w krótce podzielę
się moimi obserwacjami na jej temat.
piątek, 25 października 2013
Olej Tamanu – Skóra bez skazy?
Na olej tamanu trafiłam zupełnie przypadkiem, przeglądając
półkę z kosmetykami Paese w drogerii. Opis zamieszczony na kartoniku,
obiecujący „skórę bez skazy” sprawił, że nie mogłam przejść obok niego
obojętnie i nie przetestować J
Oto co pisze o nim producent: Olej o właściwościach
gojących, antybakteryjnych, antyoksydacyjnych oraz regenerujących skórę. Olej
powstał w wyniku tłoczenia na zimno pestek z owoców drzewa tamanu pochodzącego
z ekologicznych upraw tropikalnych rejonów południowej Azji, Afryki oraz wysp
Pacyfiku. Jest bogatym źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych (NNKT). Pomimo
gęstej, tłuszczowej formy, wchłania się dobrze w skórę, dając poczucie
nawilżenia, uelastycznienia i odżywienia. Olej posiada naturalny korzenny
intensywny zapach. Przeznaczony do pielęgnacji skóry tłustej, trądzikowej,
mieszanej, dojrzałej, zniszczonej, z problemami skórnymi.
Olej ma bardzo gęstą konsystencję, która pod wpływem niskiej
temperatury zmienia formę na praktycznie stałą, dlatego nie można trzymać go w
lodówce bo zupełnie uniemożliwiłoby to jego użycie. Kolor jest bardzo
intensywny, ciemno zielony a zapach? No cóż… do najprzyjemniejszych nie należy,
jest bardzo charakterystyczny i intensywny, według mnie taki trochę orzechowo błotny ;). I niestety utrzymuje się on na skórze dość długo, ale dla mnie nie
jest jakoś szczególnie drażniący i myślę, że można do niego przywyknąć a nawet
go polubić. Buteleczka oleju (malutka, zaledwie 15 ml.) zaopatrzona została w
bardzo wygodną pipetkę, dzięki której aplikacja jest bardzo wygodna. Olej mimo
bardzo małej pojemności jest wydajny,
stosując codziennie, dwa razy dziennie przez 3 tygodnie nie zużyłam nawet połowy
buteleczki. Na posmarowanie całej twarzy potrzebuje 4 krople oleju (po jednej
na policzki, podbródek i czoło), na dzień staram się nawet jeszcze bardziej
zminimalizować ilość olejku, bo na niego nakładam jeszcze krem z filtrem i nie
chce się nadmiernie błyszczeć. Olej wchłania się dobrze i można go spokojnie
używać pod makijaż. Trzeba uważać, żeby olejek nie dostał się do oczu bo strasznie
szczypie.
A teraz trochę o działaniu. Olej tak jak już wspomniałam
stosuję codziennie od trzech tygodni (rano i wieczorem). Moja cera ma się
dobrze, powiedziałabym nawet, że jak na mnie bardzo dobrze. Olej mimo swojej
gęstej konsystencji nie zapycha. Efekty działania oleju zaczęłam zauważać po
około dwóch tygodniach jego stosowania. Moja cera zaczyna się wyraźnie
wygładzać, jest dobrze nawilżona (nawet mimo okazyjnego stosowania atre dermu),
nowe niedoskonałości przestały się pojawiać a stare wyraźnie znikają. Poprawa
jest na tyle widoczna, że przestałam używać na co dzień podkładu (tylko
korektor pod oczy i na drobne zaczerwienienia i puder sypki). Czyżby olej
tamanu faktycznie mógł mi zapewnić skórę bez skazy? Efekty, które widzę
sprawiają, że coraz bardziej w to wierzę. Mam nadzieję, że z czasem w końcu
uzyskam wymarzony efekt.
Ze wszystkich sposobów na walkę z niedoskonałościami skóry
olej tamanu jest na pewno najbardziej naturalny i najmniej inwazyjny, dlatego
polecam, sprawdźcie same, nic bardzo złego nie powinien zrobić (chociaż myślę, że niektórych
może zapychać) a może pomóc.
środa, 23 października 2013
Mydło Savon Noir - recenzja
Od pewnego czasu dążę ku całkowitemu przerzuceniu się na
naturalną pielęgnację skóry i powoli eliminuję ze łazienki drogeryjne
kosmetyki. Żelu pod prysznic nie używam już od bardzo dawna, zamiast tego
stosowałam różne mydła (biały jeleń, mydło z koziego mleka, stiefel itd.),
które mimo prostego składu też nie były do końca naturalne, dlatego chcąc
wypróbować coś jeszcze bardziej naturalnego zamówiłam mydło Savon Noir, w
którego skład wchodzą jedynie zmiażdżone czarne oliwki.
Mydło nie ma typowej mydlanej formy, zamiast kostki,
zapakowane jest w słoiczek. Savon Noir ma bardzo gęstą konsystencję, która
trochę przypomina smar albo inną gęstą maź. Kolor jest ciemny, ciemnobrązowy odrobinę
zielonkawy. Pachnie bardzo charakterystycznie, niektórzy mogą nawet uważać, że
śmierdzi ale mnie ten zapach zupełnie nie przeszkadza. Po spłukaniu mydła,
zapach nie pozostaje na skórze. Na początku stosowanie może wydawać się trochę
kłopotliwe, mydło nie zawiera żadnych konserwantów i trzeba uważać, żeby do
słoiczka nie dostała się woda, dlatego idąc pod prysznic trzeba sobie nałożyć np.
na miseczkę taką ilość mydła jaką zużyjemy. Ja początkowo miałam z tym problemy,
zawsze nakładałam więcej niż było potrzebne, wystarczy naprawdę niewielka ilość
żeby umyć całe ciało.
A jak stosować? Mydło pod wpływem wody zmienia swoją mazistą
konsystencję na delikatną emulsję, nie pieni się. Można je stosować jako
tradycyjne mydło, czyli po prostu wmasować w wilgotną skórę i spłukać. Można
też rozsmarować cienką warstwę mydła na delikatnie wilgotną skórę i pozostawić
na kilka minut a następnie użyć
specjalnej rękawicy do peelingu, ja takiej nie mam więc używam zamiast tego
szorstkiej gąbki, która też sprawdza się całkiem dobrze. Mydło pozostawione na
skórze kilka minut działa jak peeling enzymatyczny, skóra jest bardzo dobrze
oczyszczona i wygładzona. Na początku byłam sceptyczna wobec stosowania savon
noir jako peelingu bo nigdy nie byłam zadowolona z działania jakiegokolwiek
peelingu enzymatycznego. Dlatego bardzo się zdziwiłam kiedy okazało się, że
savon noir faktycznie działa, odkąd zaczęłam go używać nie stosuję już żadnych
peelingów, ani do ciała ani do twarzy bo nie ma takiej potrzeby.
Mydło savon noir wyraźnie poprawiło kondycję mojej skóry,
która stała się bardziej gładka, nawilżona i oczyszczona. Savon noir jest moim
dotychczasowym ideałem jeśli chodzi o mycie i oczyszczanie skóry i wątpię, żeby
to się kiedyś zmieniło.
poniedziałek, 14 października 2013
Balsamy do ust i pomadki ochronne - przegląd
Bardzo lubię malować usta szminką, a że każda szminka podkreśla suche skórki a czasem jeszcze dodatkowo je wysusza, niezbędne jest utrzymanie ich w idealnej kondycji . Ponadto za oknem jesień już w pełni i warunki atmosferyczne
zmuszają nas do bardziej intensywnej pielęgnacji ust, dlatego zawsze mam pod
ręką balsam, lub pomadkę ochronną. A oto kilka z nich i moje spostrzeżenia na
ich temat:
Carmex. Nie ważne czy to lato czy zima, carmex jest ze mną
nieprzerwanie od kilku lat. Miałam już każdą jego formę (słoiczek, sztyft,
tubka) i każdą wersję zapachową. Jednak moim faworytem pozostaje klasyczny
carmex w sztyfcie. Balsam świetnie nawilża i natłuszcza usta, a co
najważniejsze naprawdę je leczy. Wystarczy jeden dzień regularnego smarowania
żeby doprowadzić do porządku spękane, wyschnięte usta. Niektórym osobom pomaga
nawet w leczeniu opryszczki, sama nie mogę wypowiedzieć się na ten temat, bo
opryszczki nigdy nie miałam ale na pewno pomaga w leczeniu pękających kącików
ust, a jego regularne stosowanie zapobiega temu problemowi. Niestety w ostatnim
czasie zauważyłam, że moje usta trochę się na niego uodporniły i nie działa już
na nie tak dobrze jak kiedyś, dlatego chwilowo go odstawiłam i zaczęłam
poszukiwania czegoś, co godnie go zastąpi.
Pomadka ochronna Oeparol. Pomadka trafiła w moje ręce
podczas zakupów w biedronce, nie miałam akurat przy sobie żadnej pomadki a cena
była bardzo kusząca (3.50 albo 4 zł., nie pamiętam dokładnie). Pomadka ma ładny
zapach i żadnych innych zalet. Sztyft jest dość miękki i pomadka złamała mi się
już następnego dnia, ale wciąż nakładałam ją palcem. Oeparol ani nie nawilżył
moich ust, ani nawet dobrze ich nie natłuścił ale za to nieprawdopodobnie je
wysuszył… Pomadka doprowadziła moje usta do tragicznego stanu i nawet carmex
nie był w stanie go poprawić. Oeparol nie sprawdził się u mnie i nigdy więcej
nie chcę mieć z nim nic wspólnego ;).
Equilibra, Aloe stick labbra (Aloesowy sztyft do ust). Po
tej pomadce spodziewałam się wiele dobrego, niestety nie sprostała moim
oczekiwaniom. Nie mówię, że jest zła bo krzywdy nie robi i trochę nawilża,
ale nie w wystarczająco. Pomadka ma twardy sztyft, który nie łamie się
i nie odkształca. Zapach jest przyjemny, pachnie bardzo delikatnie, odrobinę
słodko. Na ustach pozostawia bardzo cienką, aksamitną warstwę. Pomadka sprawdzi
się jako produkt mający za zadanie jedynie podtrzymanie dobrej kondycji ust.
Jeśli jednak usta są spękane, wysuszone, mają odstające skórki, to sztyft
Equilibra niewiele im pomoże. Jego dużym plusem jest na pewno dobry skład bez
silikonów, parafiny i wazeliny. W składzie znajdziemy między innymi aż 20%
aloesu, olej rycynowy, wosk pszczeli, olej jojoba i olej roślinny. Cena w
stosunku do jakości produktu też nie jest zachęcająca – około 12 zł.
Blistex MedPlus. Sztyft Blistex jest dla mnie godnym
zastępcą carmexu. Konsystencja, zapach i kolor są właściwie podobne. Blistex
jest odrobinę bardziej miękki i nie pozostawia aż tak intensywnego uczucia
chłodzenia jak carmex. Sztyft ma słodki smak i zapach. Przede wszystkim balsam
bardzo dobrze regeneruje naskórek, wystarczy kilka aplikacji i usta stają się
wyraźnie bardziej nawilżone i gładkie. Balsam dobrze rozprowadza się na ustach,
nie lepi się i długo się utrzymuje, dzięki czemu nie trzeba powtarzać aplikacji
co pół godziny. Można nałożyć zarówno cienką jak i grubą warstwę (nie czuje się
go na ustach, nie drażni tak jak niektóre balsamy). Wydaje mi się, że blistex
na długo pozostanie moim ideałem wśród kosmetyków do pielęgnacji ust. Sztyft wyraźnie
pielęgnuje i chroni usta, szybko przynosząc zauważalne i wyczuwalne efekty.
Flos Lek pmadka ochronna do ust z masłem karite. Pomadka
podobnie jak wyżej opisany sztyft aloesowy sprawdzi się jedynie na dobrze
wypielęgnowanych ustach. Odrobinę natłuszcza usta, ale efekt jest tylko
chwilowy, bo błyskawicznie znika z ust, przez co trzeba jej używać dosłownie co
chwilę, a to nie wpływa korzystnie na jej wydajność. Pomadka jest bezsmakowa o
delikatnie słodkim zapachu. Nie kosztuje dużo, bo około 6 zł., ale cudów niestety
nie zdziała. Jej właściwości regeneracyjne i łagodzące są właściwe żadne. Nie
likwiduje uczucia piekących ust a przede wszystkim w ogóle ich nie nawilża,
dlatego nie poradzi sobie z mocno wysuszonymi ustami.
Nivea Lip Butter (masło do ust). Masełko do ust kupiłam ze
względu na bardzo fajnie wyglądającą puszeczkę. Mam wersję wanilia&makadamia,
zapach jest bardzo intensywny, słodki, jak dla mnie bardzo ładny i przyjemny.
Opakowanie mimo, że bardzo ładne jest niestety zupełnie niepraktyczne. Masło ma
miękką, kremową konsystencję i trochę białawy kolor, który jest odrobinę
widoczny na ustach, niektórym może to odpowiadać, ale ja nie lubię mieć na
ustach widocznego białego filmu. Właściwości nawilżające i pielęgnujące są
znikome. Z moimi bardzo wymagającymi ustami nie robi ono nic dobrego, ale nic
złego też, więc nie jest najgorzej. Tłusta konsystencja masełka odrobinę chroni
przed wiatrem i mrozem, ale szybko znika z ust a częsta aplikacja (zwłaszcza
poza domem) ze względu na niepraktyczne opakowanie może być uciążliwa. Piękny
zapach i ładne opakowanie zachęcają do stosowania masełka, ale to zdecydowanie
za mało zalet, żebym kupiła je ponownie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























